* * * wiemy tyle, ile widzimy * * * |
|
|
___ Obiecałam sobie nową notkę, ale jakoś tak wyszło, że nie mogłam się zalogować. Dopiero brygada blog.pl mi pomogła. Uff. A już myślałam, że wszystko przepadło. Ale nie, jestem i mam i już ok. Kupiliśmy nowe łóżko. Takie z oddzielnym materacem i stelażem. Myślałam, że stelaż ten będzie zwinięty. Otworzyłam karton i pękłam ze śmiechu - tysiąc śrubek, jakieś plastykowe kapturki i ileś tam desek. Deski różnej szerokości, dla utrudnienia sprawy. I wszystko dlatego, że sprzedanie stelaża w TAKIM stanie kosztuje może 20 euro mniej. Bosz, no chętnie bym zapłaciła więcej! Niż skręcać to dziadostwo cały dzień. Milieśmy do skręcenia dwa, więc około godziny 18 zaczynaliśmy się już przyzwyczajać do myśli, że będziemy spać na materacu rozłożonym na podłodze. Poza tym przycięli tego śmieciucha rosnącego przed naszym tarasem. Bożodrzew taki - śmieci, że zlituj się Boże! Sąsiedzi z góry oczywiście starali się zapobiec. Ale chłopaki i tak swoje zrobili. Rozpędzili się odrobinkę i wyciepnęli też cały bluszcz, który tego śmieciucha porastał, ale co tam. Jest goło i wesoło - tak naprawdę zimowo. W związku z pewną rodzinną sytuacją moje BRATY wpadły na wspaniały pomysł. Najpierw byłam tak zaślepiona i ogłuszona, że nie przyszło mi do głowy, że można by przecież inaczej i że chcą mnie - mówiąc brzydko - wycyckać. Ale mnie Cudzoziemski oświecił. Dobrze mieć mądrego męża. 2011-11-24
skomentuj (0)
___ No nie wiem... Chyba tu niedługo będzie nowa notka. Albo coś. Notka o tym, że jesień przyszła. Albo że postanowiłam zawalczyć z grawitacją i trzy razy w tygodniu jestem na fitnesie. I że teraz czuję mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Albo że mały eM to taki fajny chłopak. I duży. I samodzielny. I że jestem z niego dumna. Albo że zastanawiam się nad doktoratem (własnym oczywiście)... I projektu szukam, i pomysłu... Albo o tym drzewie przed tarasem, co to najchętniej sama bym wyrąbała siekierką, bo tak śmieci. A może o tym, jak jedna z moich babek dzwoni i mówi, że no przecież tłumaczyłam już akty notarialne, więc może bym jej swoje tłumaczenie przesłała, bo ona musi takież tłumaczenie zrobić. Lub też o ambicjach ludzi, którzy nie umieją, ale chęć mają. Na lepszą ocenę. Zbiorę się i napiszę. Będzie notka! Tylko jeszcze nie wiem, o czym... 2011-10-17
skomentuj (0)
___ Rano. Ubieram małego eM. Naraz odwraca się do mnie, chwyta mnie za twarz i szepcze do ucha: - Ich liebe dir*... I właśnie dla TAKICH momentów było warto. *Poprawnie: dich 2011-06-01
skomentuj (1)
___ Miałam "Milczenie owiec" w realu. No może nie było szyby i rolę "szaleńca" grała kobieta, a nie facet. I nie mordowała, tylko słyszała głosy, ale i tak się czułam, jakbym w hollywoodzkiej produkcji występowała. Jeden z moich klientów, lekarz zresztą powiedział, że badania mózgu u takich osób wykazują jego aktywność w rejonach odpowiadających za odbiór dźwięku. Czyli że rzeczywiście coś słyszą. Ciekawe. To wszystko dlatego, bo tłumaczyłam ostatnio w klinice psychiatrycznej. Zadzwonili, pojechałam nie wiedząc o co chodzi. Jak usłyszłam pierwsze pytanie lekarza: "Hören Sie noch die Stimmen?", a później siebie tłumaczącą: "Czy słyszy Pani jeszcze głosy?", to trochę mi się nie-tego zrobiło. W ogóle cała tamtejsza atmosfera... Jakaś bosa kobieta drzemiąca w fotelu na korytarzu, poczochrany facet o błędnym spojrzeniu, a żeby wyjść, trzeba poprosić o wypuszczenie kogoś z personelu. Brr! Acha. No i mam anginę. Wczoraj 39 temperatury. Antybiotyki i leki przeciwbólowe na zmianę. A tu: pracować - trzeba, tłumaczenia robić - trzeba, sprawdzić prace domowe leniwym studentom - trzeba, zająć sią domem, dzieckiem, mężem - trzeba. To by było na tyle. 2011-05-27
skomentuj (0)
___ Uwielbiam, gdy klient/ka mi mówi: - Mógłbym/mogłabym sam/a to przetłumaczyć, ale nie mam przysięgłego. Ciśnie mi się wtedy na usta: - No to niech sobie pan/i tego "przysięgłego" zrobi. I potem sam/a przetłumaczy. 2011-05-24
skomentuj (0)
___ Cudzoziemski wrócił od fryzjera. Mały eM na niego spojrzał i powiedział: - Dein Kopf ist nicht schön, Papa (tato, twoja głowa nie jest ładna). Oboje pękliśmy ze śmiechu. * * * Kot przynosi do domu nietoperze. Normalnie, w pysku. Stoi przed drzwiami na taras, wpuszczam go, ale widzę, że jakąś taką dziwną "minę" ma. Przyglądam się, a mu jakieś coś z pyska wystaje, ale nie mysz. Za późno - jest już w domu. Po chwili wypluwa to coś i się okazuje, że to skrzydła były. Nietoperz w szoku oczywiście, skrzeczy obrzydliwie i stara się odwrócić na brzuch. Ja w panice. Myszy się nie boję, pająków też nie, no ale NIETOPERZE są obrzydliwe! Cudzoziemski umiera ze śmiechu widząc, jak się miotam. I mówi: - To twój kot, hehe. Dobrze, że zostawiłam karton po trampkach eM. Narzucam ten karton na nietoperza i od spodu wsuwam grubą kartkę. Nietoperz kojarzy, że chcę mu pomóc. Wynoszę ten karton na taras, prawie rzucam i szybko zamykam drzwi. Nietoperz się wygrzebuje i odlatuje. Blee! * * * Rano, zanim mały eM się obudzi, lubię wypić pierwszą kawę w łóżku. Do tego czytam jakieś czasopismo. To taki mój mały rytuał. Dziś ten rytuał zakończył się powodzią. Jakoś mi się tak kubkiem majtło... pościel, piżama, łóżko - wszystko! Wszystko w kawie! A wczoraj z kolei chciałam zaparkować pod domem. Słońce mnie oślepiło i zjeżdżając w prawo zahaczyłam bokiem o zderzak jakiegoś transportera. Jemu nic. Nasz samochód wygląda za to jak prawdziwy Francuz: poobijany i obdrapany (we Francji to normalka, ale tutaj...). Szarapak jestem ostatnio. Aż strach wychodzić z domu, żeby mi coś na głowę nie spadło. 2011-05-19
skomentuj (0)
___ Toż to prawie rok minął od ostatniego wpisu! I tyle się przez ten czas wydarzyło! Mały eM równiutko z trzecimi urodzinami pożegnał się z pampersem. Nocnik był pomocnikiem przejściowym, teraz wszystko na sedesie, co mnie zresztą - straszną estetkę - ogromnie cieszy. No bo co to za przyjemność niby? Na noc zakładamy mu pampersa dla pewności, ale i tak woła. Dziś na przykład ok. 3:30. Gdy słyszę opinie, że dziecko powinno się budzić w nocy na siku, dostaję gęsiej skórki. Po pierwsze - zabiłabym każdego, kto by mnie w nocy obudził i powiedział, że mam iść siku. Z ciepłych pieleszy na zimną deskę! Super. Po drugie - to ponad moje siły, takie wstawanie o trzeciej w nocy i wybudzanie dziecka, żeby zrobiło na zapas. Od początku tego roku mały eM chodzi do przedszkola (mignona mówi na przedszkole "poprawczak" - ciekawe czemu?). I wbrew panującej opinii o przedszkolach, ma się świetnie i jest tam szczęśliwy. Rozwija swoje umiejętności socjalne, lubi dzieci, lubi się z nimi bawić, wariować, walać w piasku na placu zabaw. I bardzo dużo mówi. Niestety, nie chce ze mną mówić po polsku. Nasze dialogi wyglądają tak, że ja mówię po polsku, on mi odpowiada po niemiecku. Jak coś chce, mówię, że ma powiedzieć to po polsku, że tak rozumiem, ale że chcę usłyszeć to samo po polsku. Ciężko. Najśmieszniejsze, że ruga Cudzoziemskiego, gdy ten coś po polsku powie, a mnie nie ruga, gdy ja mówię po niemiecku. Ok, w sumie język niemiecki jest mi tak bliski, jak polski, czuję ten język. I może ten mały drań to wyczuł? A zawodowo to się porobiło, doprawdy... Nie dość, że zawalona jestem ciągle zleceniami, to jeszcze trafiło się ślepej kurze... I dostałam pracę na moim starym uniwerku. Od tego semestru prowadzę ćwiczenia tłumaczeniowe i kurs CAT-tools. A co gorzej - mi się to naprawdę podoba. I chciałabym chyba tam zostać na dłużej. 2011-05-05
skomentuj (0)
___ Zamknięte. Z powodu, że nieczynne. Nie wiadomo, czy w ogóle jeszcze kiedyś... Na koniec takie tam, o:
Baj-baj.
2010-08-17
skomentuj (2)
___ Brat się odezwał. Ten, z którym dwa lata temu się strasznie pokłóciłam. Odzywaliśmy się już do siebie, ale nie było tak jak wcześniej. Więc chcą przyjechać. Odpisałam, że jasne, i że co, już się mnie nie boją? Na to Brat: "Trochę się jeszcze boimy, ale przywieziemy krucyfix i kropidło i odprawimy jakieś egzorcyzmy już na miejscu." ...czyli - wracamy do normalności. :) 2010-07-09
skomentuj (0)
___ Jess... Upał. Dochodzi 21, a nasz termometr nadal pokazuje 29. I to w cieniu. Podobno jutro ma być z czterdzieści. W TV znowu mecz. Mały eM leży i udaje, że zasypia, a ja zrobiłam sobie campari orange. To tak pod jego biegunkę, której ni widu ni słychu. No tak, do żłobka mi go dziś nie przyjęli, bo podobno miał sraczkę w środę. Ale pomimo, iż sraczka to bardzo rzadkie nazwisko, to jednak powinna wystąpić przynajmniej trzy razy na dobę, żeby można ją było tak brzydko nazwać. A tu nic. No ale przecież miał w żłobku w środę rano! Dziwnym sposobem miewa ją nawyraźniej tylko w żłobku, bo muszą go aż w inne spodnie przebierać. W domu jakoś takich sytuacji nie mamy. I broń cię paniebosz, żeby stwierdzić, że najnormalniej za późno mu pampersa zmieniły. Bo wtedy to... APOKALIPSA! Insynuujesz, że nie przebierają dzieci na czas!! Na zasadzie "uderz w stół"??? Wściekłam się. Miałam ważny termin. Dziecko zdrowe jak rydz i rześkie jak skowronek. A ona mi tu, że nie bo nie, bo 48 godzin muszę odczekać. Kurwa! Przecież mówię, że on żadnej biegunki nie miał!! Mam do lekarza po zaświadczenie iść??? Nie, bo on musi zostać w domu 48 godzin. Kurwa! Gdyby mały eM tak tych wszystkich dzieciaków tam nie kochał i gdyby można było dostać od ręki miejsce gdzie indziej, to bym powiedziała "Kij wam w nos i jeszcze kilka innych otworów" i pierdolnęła drzwiami z hukiem. Ale ze względu na niego nie powiedziałam niczego, co mi tak na końcu języka... Ale są dzieci, które matki mogą przyprowadzić z jakąś bliżej nie zidentyfikowaną wysypką. Bo na oko taka mama sobie stwierdziła, że to "chyba nic poważnego", a czasu do lekarza iść nie miała. Albo dzieci ze szklanymi od gorączki oczami. Och, bo może jakoś to będzie. Normalnie odpadłam dziś. Już dawno się tak nie zdenerwowałam. Wróciłam do domu i się normalnie... poryczałam. Ze złości. A zmieniając temat... Urlop, urlop i już po urlopie! Pojechaliśmy, tramontana (taki wiaterek z Pirenejów; zanim poszłam na plażę robić zdjęcia Cudzoziemski mnie ostrzegł, że jak poczuję, że odlatuję, to żebym kucnęła) posiłowała się przez dwa dni z naszym namiotem, ale się nie dał i po tygodniu wróciliśmy. Przez tramontanę przynajmniej piękne widoki były. Na przykład takie jak poniżej, o! 2010-07-02
skomentuj (0)
___ Taka scena: Byłyśmy ze znajomą i jej ponad trzyletnim synem na mieście. Chłopaki polecieli od razu do takiego samochodu na monety. Siedziało w nim już inne dziecko. Chłopaki stanęli z tyłu i złapali za spojler. Dziecku się to najwyraźniej nie spodobało, bo zaczęło im odpychać te ręce ze spojlera. Póki co wszystko ok, mały eM też tak robi, tylko że ja go wtedy upominam. Naraz widzę zaciśniętą piąstkę dziecka zbliżającą się do twarzy małego eM. Oczywiście bez rozmachu to było, ale fakt, że dzieciak starał się odsunąć eM za pomocą zaciśniętej pięści przytkniętej do jego twarzy mnie rozwścieczył. Doskoczyłam i pomimo obecności matki objechałam dzieciaka. Matka zajęta właśnie kupowaniem precelka odwróciła się i stwierdziła: - Przecież to tylko dziecko! Aaaaaa!!!! Normalnie bezstresowe wychowanie. 2010-05-28
skomentuj (0)
___ Tylko mi się może coś takiego przytrafić. Dwie oferty pracy w ciągu jednego dnia. Trzeba się tylko przeprowadzić. Do Düsseldorfu na przykład... Zaledwie 300km. Albo w drugim kierunku kawałek za Freiburgiem - jakieś 200km. Więc... Cudzoziemski rzuci tu bezpieczną pracę, zostawimy nasze nowe mieszkanie i ruszymy w nieznane. Bo ja się zawodowo spełniać chcę, nie? Jasne! Ech... A jutro tłumaczenie w sądzie. Przygotowałabym się jakoś, ale jak? Mogę najwyżej zadzwonić, czy dadzą mi rzucić okiem na akta. Poza tym... Za oknem dziś deszcz. 2010-05-26
skomentuj (0)
___ Zalatana ostatnio jestem. Wór się rozwiązał i zasypało mnie zleceniami. Sporo tłumaczeń pisemnych, ale i ustnych kilka. Ostatnie, dla mnie przezabawne, na policji. Chłopaki z KRIPO są naprawdę... Obśmiać się można po pachy z nimi. Komisarz mnie pochwalił, że och i ach, jak super! I że nie wiedzieli, że mają takiego tłumacza dosłownie zaraz za rogiem. I że kogoś spoza miasta zawsze ściągali. Na co drugi, że tamte to niestety po niemiecku nie potrafią. I że następnym razem w razie potrzeby po prostu z okna w moim kierunku pomachają, co będą sobie głowę wydzwanianiem zawracali. A na zakończenie ku przestrodze, jeśli by komuś przyszło kiedyś do głowy: Skoki z pierwszego piętra na samochód wychodzą tylko w TV. W życiu prawdziwym kończą się skomplikowanym złamaniem nogi, ramienia i porządnym obiciem żeber. I operacją. 2010-05-03
skomentuj (3)
___ ![]() Drugie wyjście w ciągu ostatnich dwóch lat bez małego eM.Wyjaśniliśmy wcześniej, że "mama i tata idą na koncert" i że "Majke będzie". Zasnął niemalże od razu po położeniu do łóżka. Na koncercie było fajnie. Strzeliłam dwa desperadosy i byłam uchichana. Zrobiłam też Adze zdjęcie z Elliottem. Musiała mnie długo namawiać, bo ja wstydliwa jestem, jeśli o takie chodzi. A później, jak już właściwie chcieliśmy iść do domu i sięgałam po swoją torbę, usłyszałam, że Cudzoziemski z kimś po angielsku nawija. Się odwróciłam, a tam Olivier Durand (na zdj. z lewej). We własnej osobie. Roześmiany od ucha do ucha i jakieś "cmok z lewej - cmok z prawej". Coś tam też po angielsku mówiłam. Znaczy - konwersację prowadziłam. Ale chyba bzdury same, bo wyraz twarzy miał dziwny. Trochę mi wstyd teraz. Ku pamięci zdjęcie wykonane przez Gudi, która chyba wraz z nimi całą trasę po Niemczech odbyła.
2010-04-25
skomentuj (0)
___ Niesmaczne to wszystko. Czy nie można dać zmarłym spokoju? Doprawdy, rzygam każdymi pseudoanalizami i informacjami z "pierwszej ręki". Nie wdaję się w dyskusję. Bo każdy tu myśli, że ma rację. Najpierw katastrofa połączyła, teraz znowu podzieli? To takie typowe dla naszego narodu, naszej polskiej mentalności. Dodam tylko. Bardzo wzruszyła mnie scena: Marta Kaczyńska na lotnisku. Oparta czołem o trumnę. Czy ktoś w ogóle jest w stanie wyobrazić sobie jej ból? Spotęgowany dodatkowo przez ten cały... jak to nazwać? "Szum"? Przemilczeć się powinno. Z szacunku. Dla KAżDEJ z ofiar. Obojętnie KIM i jakim człowiekiem była. - - - A ze spraw domowych... Mały eM przechodzi fazę przekorną. Ciężko jest. Bo nerwy i ciągła walka kosztują masę energii. Dużo więcej niż takie spokojne ze sobą obcowanie. Walczymy zatem. Godzimy się, pół godziny jest dobrze i znowu. Zdaję sobie sprawę z tego, że taka kolej rzeczy, ale na litość boską! Trwać to może rok. Nie dam rady! Z pozytywnych: Mały eM zna wszystkie kolory. Dodam, że nie skończył jeszcze dwóch lat. Nie znam się na dzieciach, nie wiem, czy to norma taka. Ale starsze dzieci u niego w żłobku nie rozpoznają najprostszych kolorów, więc trochę dumna jestem. Jego dwujęzyczność doprowadza często do zabawnych sytuacji. Na przykład: Wieczorna kąpiel. Pod koniec mówię: - Wstań synku, musimy jeszcze umyć pupę. I jajeczka... Na co nasz syn, jakby trochę zamyślony: - ... kleine Eier... A wczoraj wieczorem, jak już był w łóżku, padłam na sofę i wystękałam do Cudzoziemskiego: - Nie chcę, żeby rósł, przechodził te swoje fazy rozwojowe, stawał się samodzielny i dorastał do własnego zdania. Chcę, żeby był mały i się nas słuchał! Jak wcześniej. ...naprawdę nie sądziłam, że kiedyś z moich ust wypłyną podobne słowa. 2010-04-14
skomentuj (0)
___ No a dziś z serii "Wspaniałe maile": "Die Gebrauchsanweisung wurde sehr gut und durchaus branchenspezifisch übersetzt, lt. unseres Geschäftsführers, der gebürtiger Pole ist. Vielen Dank! Die BDÜ-Datenbank ist ein Segen, wenn man dadurch auf so kompetente Übersetzer/innen wie Sie stößt."
Od razu urosłam. Ach jak miło! 2010-03-21
skomentuj (2)
___ WIOSNA!!! Całą gębą! Otwarte okna, kwitnące hiacynty na balkonie i lekkie kurtki! Od razu się człowiekowi żyć chce. Zawodowo jest tak sobie. Jakieś małe zlecenia, niektóre wymagające dużego wkładu, inne mniej. Wśród klientów obowiązuje tendencja "A co tak drogo?". Znam język to przecież mogłabym zrobić za darmo, nie? Albo za 9 euro na godzinę. Haha! No normalnie śmiech przez łzy. Poza tym chciałam się wyrwać z domu, więc wymyśliłam sobie kursy niemieckiego i włoskiego. W roli nauczycielki. Wypełniłam internetowy formularz na stronie pewnej firmy takie kursy organizującej. Zgłosili się już na drugi dzień prosząc o spotkanie. Pojechałam. Przyjemna rozmowa, takie bla,bla. Jakieś wypełnianie formularzy i pytania. I pod koniec padło TO pytanie, czyli ile chciałabym dostawać za godzinę. Mówię więc, że nie mam orientacji w branży, no ale 35 euro już bym chciała. Na co pani zrobiła oczy wielkie, jak pisanki. I odpowiedziała, że niestety tyle mi zaoferować nie mogą. Na godzinę płacą mianowicie swoim wykładowcom między 9-12 euro. LUDZIOM PO STUDIACH! 9 EURO!!! Zaniemówiłam. Dodam, że cały interes odbywa się na umowę-zlecenie, czyli ja odprowadzam podatki, opłacam kasę chorych itd. Miło, prawda? 2010-03-19
skomentuj (1)
___ To co się dzieje w kościele katolickim opanowało wszystkie niemieckie media. Ciągle jakieś gówno na wierzch wypływa - wszystko to jak bagno bez dna. Dochodzą kolejne zakony, internaty przykościelne... Naprawdę - BAGNO bez dna. Do tego jakiś arcybiskup, przewodniczący episkopatu za powód podaje rewolucję seksualną i seksualizację mediów!! żałosna próba usprawiedliwienia, zamiast paść na kolana przed wszystkimi skrzywdzonymi! Przez lata molestowali dzieci i zacierali tego ślady, żeby się tylko ludzie nie dowiedzieli! Bo TEN kościół jest święty! Jest wyrocznią przecież! Rzygać się chce! W związku z tym wszystkim podjęłam decyzję. Ostateczną i nieodwracalną. Występuję z tej instytucji! Nie chcę z nią mieć nic wspólnego! A tym bardziej nie chcę moim podatkiem finansować i tym samym jakby popierać tego, co się tam dzieje! Amen. 2010-03-10
skomentuj (11)
___ Jeszcze w Baden-Baden pukałam się w czoło, że jaki śnieg? Przecież jest 13° i wiosna! I 20 km dalej NA PEWNO śniegu nie będzie! Nie ma szans! HA-HA! Mina mi jednak powoli rzedła. I im głębiej w las, i im wyżej wjeżdżaliśmy, tym bardziej się cieszyłam, że jednak małemu eM spodnie na śnieg wzięłam Bo tyle śniegu w swoim życiu nie widziałam. Trzeba było uważać, którędy się szło, bo można się było zapaść w śniegu po pas. Na początku mnie śmieszyło, małego eM również. No ale cały czas padał drobny deszcz, więc szybko zmokliśmy i przemarzliśmy, a takiego zimno-mokrego nie lubi chyba nikt? Do tego na koniec opieprzył nas szeryf, który pilnuje szlaków do biegów narciarskich. Wynurzyliśmy się w piątkę plus dwa psy z lasu, szliśmy środkiem, żeby nie uszkodzić tych torów (dodam, że oprócz nas w lesie nie było nikogo, narciarzy też nie), a skręciliśmy na tę trasę, bo normalnymi leśnymi ścieżkami nie dało się iść. Naruszyliśmy ileś tam zasad - nie wolno na piechotę, nie wolno z psami, absolutnie i w ogóle nie można z sankami, no i nie wchodzić na te tory! Jak on się zaczął już na ogległość wydzierać, że bla-bla-bla, zaczęłam się zastanawiać, co źle robimy i że chyba właśnie po tych torach trzeba iść, więc na nie zeszłam. Facet prawie zawału dostał. I że co my robimy w lesie? Chodzimy! Nie wolno! Co? A gdzie to jest napisane?? Jak to? Wszędzie znaki stoją! Rzeczywiście, na początku tras z każdej strony ustawione są znaki z kilkoma zakazami. Tylko że my wychodziliśmy z chaty w lesie i szliśmy najpierw scieżką, później skręciliśmy z konieczności i chęci jak najszybszego wyjścia z lasu. Do faceta jakoś nie docierało. Nie wolno na piechotę! I już! No ba! Skrzydła rozwinąć i ziuuu. A w niedzielę przeszła nad nami Xyntia. Przedmioty różne latały. Na przykład czerwone wiadro od sąsiadów. I jeszcze w poniedziałek wiało. A nie. Przepraszam - piździło raczej. Bo tylko tak to można określić. Teraz zrobiło się zimno i ble. Nieźle pasuje, bo wczoraj wysprzątałam taras, żebyśmy mogli sobie w słońcu siedzieć. To siedzimy - w domu, przy włączonym ogrzewaniu. Bosz... No kiedy ta wiosna? Już nie mogę normalnie! 2010-03-02
skomentuj (0)
___ Nie, oczywiście nie wymiotowałam, bo trochę sobie poskakałam do muzyki. Aż tak źle ze mną nie jest. Normalną grypę żołądkową miałam. Wszyscy po kolei przechodziliśmy. Poza tym za oknem zrobiła się wiosna. Więc my co? Do Schwarzwaldu, w śnieg! Bo za mało nam było? Szaleństwo, ale trudno. Obiecaliśmy, jedziemy. I wszyscy są w ciąży. To tak na wiosnę? 2010-02-22
skomentuj (2)
___ Flamenco jednak nie. Ale za to coś, co się zwie Zumba. Taki dance-aerobic. Byłam. Pierwsze półtorej godziny intensywnego sportu od jakiś trzech lat zaowocowało nie zakwasami, tylko wymiotami. Doszłam do domu i położyłam się przy sedesie. Myślałam, że krążenie, bo ostatnio mi coś się z sercem robi - takich klekotów dostaję bez powodu. Ale Cudzoziemski, że ja przecież nic nie jem, to jak mam się niby po takim wysiłku czuć. Zrzędził, więc dla świętego spokoju zjadłam - jabłko i kromkę chrupkiego pieczywa. Po czym sobie rzygłam. Jeden raz. I spokój. Poza tym mogłabym jeszcze o kurtce zimowej kupionej dla małego eM na ebayu. I o żłobku i o tym, jak mały eM zakomunikował lasce, że kupę zrobił, a ona go zgasiła (wcale nie sprawdzając!!!), że nie, nie zrobił. Było to przy mnie. Sprawdziłam. I co? MIAŁ! Bo go nauczyliśmy sygnalizować, a dziecko głupie nie jest. Mogłabym, ale przewałkowałam te tematy już z różnymi osobami i nie chce mi się znowu denerwować. 2010-02-10
skomentuj (0)
___ Najpierw padał śnieg, teraz leje. No i dobra. Przynajmniej nie trzeba skrobać szyb. Ogólnie jest ok. Dół jakby płytszy. A mały eM rozpoczyna komunikację dwuwyrazowymi złożeniami. Jest na przykład "Wasser drin" ze wskazaniem na butelkę. Oczywiście, że niemiecki przeważa. Nie martwię się, bo to przecież język jego otoczenia. Zabawne są sytuacje, kiedy wskazuje na coś i woła: "Mama!" Więc mówię, jak to się nazywa (np. kiełbasa). Później to samo w drugą stronę. "Papa!" I wtedy Cudzoziemski: Wurst! Na co mały eM reaguje śmiechem. Jedna i ta sama rzecz, a każdy inaczej na to mówi. I tak, o. Z refleksji to: Jak ja mogłam wcześniej żyć bez zmywarki??? I bez suszarki do ubrań??? I jak żyją ludzie bez?? Człowiek się bardzo szybko do takich udogodnień przyzwyczaja. A z moich nowych muzycznych odkryć - Shout out loads. Słuchając pierwszej piosenki zastanawiałam się, co mi ich styl przypomina. The Cure! W takiej lajtowej wersji. 2010-02-03
skomentuj (2)
___ Wiem już! Zapiszę się na flamenco! Pewnie będę najstarsza, ale co mi tam! Olè! 2010-01-29
skomentuj (1)
___ -10°C!! Minus 10°C tutaj!!! A miała już być wiosna! Znaczy - zapowiadało się, bo się nagle tak jakoś zrobiło... ciepło i przyjemnie. Białe gówno poprzymarzało tu i tam. Samochód ma białą czapę, która pewnie zniknie dopiero na wiosnę. A na tarasie mniejszy bambus chyba nie przeżyje. Ten większy daje radę, ale ten mały... Kiepsko wygląda. No i miałam katar. I ogólnie się fatalnie czułam. Łykałam dolormin na zmianę z cynkiem. Trochę jakby pomogło. No i! Zastój i marazm. I w ogóle to mi się gówno chce. Czyli bez zmian. Acha! I jestem spłukana. Moje konto się szczerzy zerami. A tu wyprzedaże wokoło i by się chciało. Tego i owego. Nie dla psa kiełbasa. To rzekłam ja - optymistka-że-o-jeZu. 2010-01-27
skomentuj (3)
___ Była zima... śnieg, mróz, te sprawy. Byliśmy nawet na sankach. Najwięcej ubawu mieliśmy my. Wywaliliśmy raz sanki z małym eM w śnieg. Oczywiście nie specjalnie. Tak śmiesznie upadł, całym frontem w śnieg. Wyliśmy ze śmiechu. Mały eM wył też, ale nie ze śmiechu. Chyba jesteśmy złymi rodzicami...? W żłobku mamy taką Ellę. Diabełek o wyglądzie anioła (blond loczki i niewinny wyraz twarzy). Ostatnio mały eM zaczął mi coś po swojemu opowiadać. Wychwyciłam: "Ella ała masia" - co znaczy, że Ella pacnęła Maćka. Pokazał miejsce. Zaskoczona byłam, ale odpowiedziałam, że następnym razem ma jej w takiej sytuacji powiedzieć: "Ella! Nie! Nie!" (rozwiązywanie konfliktów na poziomie dwulatków). Mały eM wyraźnie się ucieszył i kilka razy nawet powtórzył: "Masia! Ella! Nein, nein!" No i jaki był efekt moich nauk? Mały eM przyłożył ostatnio, bez żadnego powodu, dwóm innym STARSZYM (!!) dzieciom. Ot tak. Spróbować chyba chciał. Skarciłam go, tłumaczyłam w domu przy każdej okazji, że nie wolno. Ciekawa jestem, czym to zaowocuje. I czy w ogóle. Nie podoba mi się, że przejmuje zachowanie jakiejś małej, rozwydrzonej wiedźmy. Pożyjemy, zobaczymy. Poza tym... zastygłam w bezruchu. Nic mi się nie chce. Tkanka mi zaczyna zwisać tu i tam, a najszczuplejsze dżinsy już nie wiszą na tyłku. Powinnam się za siebie wziąć, ale jak już wspomniałam - nie chce mi się. Sport by był wskazany. Ale ja nie. Wyciągnęłam tylko cudzoziemską gitarę i męczę piosenki Winehouse. I tak sobie leci. Dzień za dniem. 2010-01-20
skomentuj (1)
___ Do dupy takie! Im człowiek starszy, tym częściej się o swoich rodziców martwić musi. Mieliśmy wyjechać w następny czwartek, jedziemy w tą niedzielę. Bo kiepsko jest. Ktoś musi do szpitala i pilnować lekarzy. Bo wiadomo. I ktoś musi z mamą w domu i jej trochę uwagę odwracać. Mały eM ją już zajmie. Lepiej tak, niżby sama miała... Zresztą ona się zbuntowała i nie chce jeździć do szpitala. Martwi się, przeżywa bardzo. Na swój sposób nabiera dystansu. Nie zrozumie jej zachowania nikt, kto jej nie zna. I tak, o. Do dupy. 2009-12-10
skomentuj (3)
___ Muszę kupamięci, bo szkoda by było, gdybym zapomniała... * * * Oglądamy z Cudzoziemskim na youtube teledysk Melissy Etheridge. I ja mówię: - Ona, to taka śpiewająca po angielsku... A Cudzoziemski wpada mi w słowo: - No! Dżana Trandolini! * * * Ja: - Dziwne. Zawsze, jak jestem za coś zła na małego eM przechodzę automatycznie na niemiecki. To takie... niekontrolowane. Jeszcze przed chwilą było wszystko po polsku. A w złości - pstryk - i mówię do niego po niemiecku... Na co Cudzoziemski: - Normalne. Język wroga. 2009-11-27
skomentuj (5)
___ Po dziewiętnastu miesiącach nadal męczą mnie nieodmiennie kompleksy. W obliczu matek wszelakich, których jedynym marzeniem jest siedzenie z potomkiem w domu i zajmowanie się wyłącznie owym. W obliczu matek, które wstają kilkanaście razy w nocy i jeszcze się z tego cieszą. Matek, które po dziewięciu miesiącach PIERWSZY raz zostawiają potomka pod opieką ojca. Jestem wyrodną matką. Bezsprzecznie. Bo nie lulam małego eM na rękach do snu. Bo nie kupuję mu czapeczek od Armaniego. Bo posłałam go do żłobka - zarodka chorób i zarazków wszelkich! I bo nie zamierzam szukać mu przedszkola z językiem angielskim! Poza tym używam "nie". I nie potrafię godzinami ćwierkać o tym, jak zrobił to czy siamto. I bo lubię - i się do tego przyznaję - wychodzić bez niego. I jeszcze wiele innych... Zawsze w obecności tych wszystkich spełnionych matek tak mam. Czuję się jakbym była z innej planety. Może i jestem? Nawet na pewno! 2009-11-23
skomentuj (2)
___ Więc tak. Dzwoni jedna z moich babek. Dziewczyna imprezowa bardzo. Masa znajomych i każdy weekend spędzony w jakimś fajnym lokalu. Na tańcach lub piciu. Lub na jednym i drugim. W niedzielę spanie do 13. Z facetem od kilku lat, ale żadnych tam ślubów i innych. Więc dzwoni. Gadamy. O pracy, o rządzących ostatnio grypach, o małym eM - też. I ona, że musi mi coś powiedzieć. A ja myślę: "O Jezu, znowu coś wymyśliła". I mówi, że w ciąży jest. No to ja odetchnęłam z ulgą, piszczę i gratuluję, i się cieszę. A ona, że to bliźnięta! Jak już pisałam, bym się przewróciła, gdybym właśnie nie siedziała. Z wrażenia. Bo się trafiło akurat JEJ. Ona w szoku, facet w szoku, po rozmowie - ja i Cudzoziemski w szoku. A od piątku nasza inna babka, która chce zajść i nie może - też w szoku. Bo spotkałyśmy się w piątek we trzy. Ja się nie mogłam powstrzymać i taki mały prezencik jej dałam. Dwie pary skarpetek w najmniejszym rozmiarze (różowe - hello kitty i niebieskie - superman) w małym pudełeczku. I oto powód mojej radości. 2009-11-09
skomentuj (2)
___ O JAAAA-CIeeee! Ale wiadomość!!! W szoku jestem! I szczęśliwa zarazem!! Telefon drynda, człowiek nic sobie nie myśli, odbiera, a tu... Jedno BAM! A później drugie - BAM-BAM! Dobrze, że siedziałam, bo bym chyba się z wrażenia przewróciła. O jaaacie! Nie mogę napisać, o co kaman, bo nie chcę, żeby się świat O TYM dowiedział ode mnie. Obiecałam, że gębę na kłódkę będę. Ale fajnie, bo jestem pierwsza! :) ...na koniec muszę jeszcze raz... O JAAAAAACIEEEEEE! :) 2009-11-01
skomentuj (5)
|
____________ Jędruś cybershots |